To się jednak zdarza. Gdy miłość nie wystracza. I nie jest jej za mało, nie jest jej za dużo.
To nie szkodzi. Podobno. Wystarczy spojrzeć w oczy, by wiedzieć że jest inaczej. Ale z czasem? Z czasem zmienia się wszystko. I to chyba lepiej.
piątek, 23 grudnia 2011
piątek, 16 grudnia 2011
Dokonany
To się rozdawnictwo nazywa. Niewłaściwe.
Tak może Ci się tylko wydawać. Że wiesz co robisz, kontrolujesz to, wyznaczasz wyraźną granicę oddzielającą Cię od reszty.
Spróbuj bez złości to zostawić. Bez smutku wspominać. Zacząć dzień na nowo. Jakby był pierwszym dniem Twojego życia.
Tak to się robi. Od tego zaczyna. Reszta dzieje się sama.
Później usiądziesz naprzeciw mnie i powiesz - myliłem się, wiesz? Spytasz mnie bezczelnie jak to możliwe, jak to się stało. W którym momencie o sobie zapomniałeś. Będę się w ciszy Tobie przyglądać, by na koniec uśmiechnąć się tylko jak na długo oczekiwany koniec filmu, którego nie chciało się oglądać w towarzystwie.
Tak. To się zdarza. Codziennie.
Podejmujesz decyzje co zrobisz ze swoim czasem, jak go wykorzystasz i co dasz sobie. Ile sam dla siebie będziesz w stanie z tego uzyskać, ile doświadczyć. Pomyśl o tym za każdym razem gdy stwierdzisz, że drugi człowiek jest niezbędny do odczucia przez Ciebie szczęścia. Pomyśl o tym za każdym razem, gdy brakiem drugiego człowieka będziesz w zakłamaniu przekonywał siebie, na ile nie warto było podjąć działania. Jak jest się samym można tylko spać. Spać, dużo jeść, nic nie robić.
Tak mi powtarzałaś za każdym razem. Do skutku. Osiągniętego.
Teraz pomyślę. O sobie. Wreszcie.
Tak może Ci się tylko wydawać. Że wiesz co robisz, kontrolujesz to, wyznaczasz wyraźną granicę oddzielającą Cię od reszty.
Spróbuj bez złości to zostawić. Bez smutku wspominać. Zacząć dzień na nowo. Jakby był pierwszym dniem Twojego życia.
Tak to się robi. Od tego zaczyna. Reszta dzieje się sama.
Później usiądziesz naprzeciw mnie i powiesz - myliłem się, wiesz? Spytasz mnie bezczelnie jak to możliwe, jak to się stało. W którym momencie o sobie zapomniałeś. Będę się w ciszy Tobie przyglądać, by na koniec uśmiechnąć się tylko jak na długo oczekiwany koniec filmu, którego nie chciało się oglądać w towarzystwie.
Tak. To się zdarza. Codziennie.
Podejmujesz decyzje co zrobisz ze swoim czasem, jak go wykorzystasz i co dasz sobie. Ile sam dla siebie będziesz w stanie z tego uzyskać, ile doświadczyć. Pomyśl o tym za każdym razem gdy stwierdzisz, że drugi człowiek jest niezbędny do odczucia przez Ciebie szczęścia. Pomyśl o tym za każdym razem, gdy brakiem drugiego człowieka będziesz w zakłamaniu przekonywał siebie, na ile nie warto było podjąć działania. Jak jest się samym można tylko spać. Spać, dużo jeść, nic nie robić.
Tak mi powtarzałaś za każdym razem. Do skutku. Osiągniętego.
Teraz pomyślę. O sobie. Wreszcie.
czwartek, 15 grudnia 2011
Odpowiedź
Nie więcej. Nie mniej.
Zdarza się, mogłabym powiedzieć. Czasem nawet mówię.
Zdaje się, że im mniej słów, tym więcej zrozumienia. Podobno wszystko jest kwestią za i przeciw, a reszta to zwykłe marudzenie. Kobiece komplikowanie sprawy. Naciąganie faktów. Oczywiście wcale nie musi tak być. Nie musi być inaczej. Nikt nie gwarantuje, że będzie.
Jak się uczepisz tak mocno jak ja czyjegoś spojrzenia, zrozumiesz. Z czasem, ale mimo wszystko, zrozumiesz jaki to błąd. Jaki metodologiczny niedorozwój. To się w Tobie pojawi zaraz po strachu, chwilę przed pustką.
Nie bój się tego. Od tego się nie umiera. Od tego ginie tylko w Tobie nadzieja związana z kimś, czymś. Plany na przyszłość nieosiągniętą. Żal za czasem oddanym komuś w imię relacji nietrwałej, z założenia nawet kruchej.
Nie walcz o to. Nie walcz ze sobą.
Te myśli są jak były. Będą jak są. Zmienią się po chwili, tylko nie czepiaj się ich jak wyznacznika drogi, którą powoli kroczysz. Nie potrzebujesz niczego więcej. Usłysz to. Odpowiedzi są w Tobie.
Zdarza się, mogłabym powiedzieć. Czasem nawet mówię.
Zdaje się, że im mniej słów, tym więcej zrozumienia. Podobno wszystko jest kwestią za i przeciw, a reszta to zwykłe marudzenie. Kobiece komplikowanie sprawy. Naciąganie faktów. Oczywiście wcale nie musi tak być. Nie musi być inaczej. Nikt nie gwarantuje, że będzie.
Jak się uczepisz tak mocno jak ja czyjegoś spojrzenia, zrozumiesz. Z czasem, ale mimo wszystko, zrozumiesz jaki to błąd. Jaki metodologiczny niedorozwój. To się w Tobie pojawi zaraz po strachu, chwilę przed pustką.
Nie bój się tego. Od tego się nie umiera. Od tego ginie tylko w Tobie nadzieja związana z kimś, czymś. Plany na przyszłość nieosiągniętą. Żal za czasem oddanym komuś w imię relacji nietrwałej, z założenia nawet kruchej.
Nie walcz o to. Nie walcz ze sobą.
Te myśli są jak były. Będą jak są. Zmienią się po chwili, tylko nie czepiaj się ich jak wyznacznika drogi, którą powoli kroczysz. Nie potrzebujesz niczego więcej. Usłysz to. Odpowiedzi są w Tobie.
niedziela, 11 grudnia 2011
Kłamstwo
Zaczyna się od niuansów. Drobnostek. Niewielkich zgrzytów. Kiedy wszystko urośnie już do rozmiarów jak ze snów, człowiek marzy by się obudzić, ale obudzić może się tylko w jeden sposób.
Nasłuchuję. Po cichu rozmawiam. Przedstawiam swoje racje i wysłuchuję historii, które mają znaczenie, nie tylko barwę.
Myślę o tym co robię i po co. Po co mi to czy tamto. Ten czy tamten. To czy owo. Tak sobie wyliczam, a kiedy sumuję wszystkie kolumny w arkuszu każdorazowy wynik naznaczony jest błędem zbyt dużej emocjonalności.
Tego nie trzeba już. Nie muszę za każdym razem powtarzać oczywistości. Czasem lepiej milczeć.
Przyglądam się uważnie. Zadając pytania - jak mogłam to, owo, czy coś innego. Jak to jest z tymi uczuciami, co miały się nie wypalić, a spaliły w środku człowieka do kości pozostawiając w nim tylko ciszę i pytania bez odpowiedzi.
Bycie z kimś jest oszustwem. Kłamstwem jakim karmimy siebie każdego dnia. Wygodny mózg woli skupić uwagę na drugiej osobie niż zająć się sobą. Tak lecą dni, tygodnie, na końcu lata.
I tylko dziwnie jest gdy stając naprzeciw tej prawdzie nie ma się już nic do dodania. Nie poznaje się drugiej osoby. Nie wie kim się było, bo nie rozpoznaje się siebie po czynach, słowach i gestach.
Jak bardzo kłamałam?
Nasłuchuję. Po cichu rozmawiam. Przedstawiam swoje racje i wysłuchuję historii, które mają znaczenie, nie tylko barwę.
Myślę o tym co robię i po co. Po co mi to czy tamto. Ten czy tamten. To czy owo. Tak sobie wyliczam, a kiedy sumuję wszystkie kolumny w arkuszu każdorazowy wynik naznaczony jest błędem zbyt dużej emocjonalności.
Tego nie trzeba już. Nie muszę za każdym razem powtarzać oczywistości. Czasem lepiej milczeć.
Przyglądam się uważnie. Zadając pytania - jak mogłam to, owo, czy coś innego. Jak to jest z tymi uczuciami, co miały się nie wypalić, a spaliły w środku człowieka do kości pozostawiając w nim tylko ciszę i pytania bez odpowiedzi.
Bycie z kimś jest oszustwem. Kłamstwem jakim karmimy siebie każdego dnia. Wygodny mózg woli skupić uwagę na drugiej osobie niż zająć się sobą. Tak lecą dni, tygodnie, na końcu lata.
I tylko dziwnie jest gdy stając naprzeciw tej prawdzie nie ma się już nic do dodania. Nie poznaje się drugiej osoby. Nie wie kim się było, bo nie rozpoznaje się siebie po czynach, słowach i gestach.
Jak bardzo kłamałam?
wtorek, 29 listopada 2011
Nowe
to tak jest. że przychodzi i odchodzi. że jest, a ty w tym po uszy. i znika. możesz wykonać ciężką pracę, by to utrzymać lub się z tego otrząsnąć, ale koniec końców oświecenie trwa zbyt krótko, by przełożyć to na codzienną radość.
będąc w tym myślisz, że to się nigdy nie zmieni. będzie tak trwało, do końca. pewny swego i przeświadczeń stworzonych na niewłaściwych argumentach, czekasz aż życie pokaże ci jak bardzo jesteś w błędzie.
ostateczność trwa tylko chwilę.
po niej przychodzi nowe.
będąc w tym myślisz, że to się nigdy nie zmieni. będzie tak trwało, do końca. pewny swego i przeświadczeń stworzonych na niewłaściwych argumentach, czekasz aż życie pokaże ci jak bardzo jesteś w błędzie.
ostateczność trwa tylko chwilę.
po niej przychodzi nowe.
niedziela, 20 listopada 2011
Liczba pojedyncza
Zdaje się, że o rzeczach najbardziej banalnych człowiek najczęściej zapomina. Może bardziej - kobieta.
Nie nauczona walczyć o swoje, jak tylko coś zdobędzie, oddaje w imię chwilowego zainteresowania drugiej osoby. Zrobi wszystko, by innym było lepiej, na końcu przypominając sobie [o ile w ogóle], że gdzieś w tym wszystkim jeszcze jest ona.
Nie wiem czemu tak jest. Czemu najłatwiej zapomnieć o sobie i najtrudniej o siebie dbać. O własne samopoczucie, ciało, rozwój. O poszukiwanie pasji, zainteresowań, czegoś dla siebie tylko. Tak łatwo uwierzyć, że druga osoba wypełni pustkę za jaką same jesteśmy w swoim życiu odpowiedzialne. I tak trudno pogodzić się z tym, że nikt poza nami o nas samych pamiętał nie będzie.
Przyglądam się sobie. Z jaką gracją oddaję kolejne fragmenty mnie. Z jak silnym przeświadczeniem, że warto, że tego wymaga sytuacja, że tak być powinno. I czasem tylko zastanawiam się w momencie poczucia zagrożenia, że na własne życzenie pozbawiam siebie tego co najcenniejsze. Tego o czym zawsze powinnam pamiętać. Co powinno determinować moje wybory.
Kolejność osób w liczbie pojedynczej.
Nie nauczona walczyć o swoje, jak tylko coś zdobędzie, oddaje w imię chwilowego zainteresowania drugiej osoby. Zrobi wszystko, by innym było lepiej, na końcu przypominając sobie [o ile w ogóle], że gdzieś w tym wszystkim jeszcze jest ona.
Nie wiem czemu tak jest. Czemu najłatwiej zapomnieć o sobie i najtrudniej o siebie dbać. O własne samopoczucie, ciało, rozwój. O poszukiwanie pasji, zainteresowań, czegoś dla siebie tylko. Tak łatwo uwierzyć, że druga osoba wypełni pustkę za jaką same jesteśmy w swoim życiu odpowiedzialne. I tak trudno pogodzić się z tym, że nikt poza nami o nas samych pamiętał nie będzie.
Przyglądam się sobie. Z jaką gracją oddaję kolejne fragmenty mnie. Z jak silnym przeświadczeniem, że warto, że tego wymaga sytuacja, że tak być powinno. I czasem tylko zastanawiam się w momencie poczucia zagrożenia, że na własne życzenie pozbawiam siebie tego co najcenniejsze. Tego o czym zawsze powinnam pamiętać. Co powinno determinować moje wybory.
Kolejność osób w liczbie pojedynczej.
środa, 2 listopada 2011
Plan
Trudno określić czy to wynik ludzi, z jakimi ostatnio przebywam, nowej dziedziny jaka mnie zainteresowała, czy zmian zachodzących we mnie samej (które górnolotnie mogłabym nazwać dojrzewaniem), ale z człowieka gardzącego planem, stałam się człowiekiem usilnie tego planu potrzebującym.
I po raz pierwszy nie jest mi z tym źle. Może rzeczywiście zmieniamy skórę co 7 lat? Choć śmiałam się zawsze z tych, co mieli wytyczone od a do z działania, powoli dojrzewam w sobie, by pewne plany czynić. Nie bać się czasu, wyzwań, nowych celów. Stawiać je, odnajdywać w sobie i realizować. Krok po kroku. Tak, by patrząc za siebie (jeśli w ogóle przydarzy mi się coś takiego) móc stwierdzić, że wykorzystałam i czas i możliwości. Bez lęku. Bes strachu.
I po raz pierwszy nie jest mi z tym źle. Może rzeczywiście zmieniamy skórę co 7 lat? Choć śmiałam się zawsze z tych, co mieli wytyczone od a do z działania, powoli dojrzewam w sobie, by pewne plany czynić. Nie bać się czasu, wyzwań, nowych celów. Stawiać je, odnajdywać w sobie i realizować. Krok po kroku. Tak, by patrząc za siebie (jeśli w ogóle przydarzy mi się coś takiego) móc stwierdzić, że wykorzystałam i czas i możliwości. Bez lęku. Bes strachu.
niedziela, 30 października 2011
Przekonanie
Dwa miesiące ciszy. Kłamałabym twierdząc, że nie było o czym pisać.
Nie było słów. Nie nadążałam za ich wyszukiwaniem i dopasowywaniem do codzienności. Wolałam, nie analizując każdego podejmowanego kroku, przyglądać się temu, co się dzieje. Stan bezsłowia niezmiernie mi w tym pomógł.
W zasadzie, zabrzmi to bardzo górnolotnie ale nie wiem ile jeszcze wspólnego mam z osobą, która zaczynała pisać pod szyldem studium przypadku. Jak przez mgłę pamiętam powody, jakimi kierowałam się zaczynając. Nie ma to dzisiaj znaczenia. Podobieństwa dopatruję się jedynie w wybielonych proszkiem myślach.
Sny pozostały niezmiennie zaskakujące. Sen nadal jest moją największą pasją.
Nadal mam niebieskie oczy.
Zmieniłam się. I po raz pierwszy od bardzo długiego czasu mam wrażenie, że nie jest to zmiana jedynie w obrębie nazewnictwa.
Przeczytałam raz jeszcze co właśnie napisałam. Jakie to niemiarodajne. Jak przedziwnie płytkie w odniesieniu do wielowymiarowej rzeczywistości, w której jeszcze nie do końca potrafię określić swoje miejsce.
Wiem tylko. Przekonanie, jak nigdy, mam silne, że jestem. I wreszcie mi z tym dobrze.
Nie było słów. Nie nadążałam za ich wyszukiwaniem i dopasowywaniem do codzienności. Wolałam, nie analizując każdego podejmowanego kroku, przyglądać się temu, co się dzieje. Stan bezsłowia niezmiernie mi w tym pomógł.
W zasadzie, zabrzmi to bardzo górnolotnie ale nie wiem ile jeszcze wspólnego mam z osobą, która zaczynała pisać pod szyldem studium przypadku. Jak przez mgłę pamiętam powody, jakimi kierowałam się zaczynając. Nie ma to dzisiaj znaczenia. Podobieństwa dopatruję się jedynie w wybielonych proszkiem myślach.
Sny pozostały niezmiennie zaskakujące. Sen nadal jest moją największą pasją.
Nadal mam niebieskie oczy.
Zmieniłam się. I po raz pierwszy od bardzo długiego czasu mam wrażenie, że nie jest to zmiana jedynie w obrębie nazewnictwa.
Przeczytałam raz jeszcze co właśnie napisałam. Jakie to niemiarodajne. Jak przedziwnie płytkie w odniesieniu do wielowymiarowej rzeczywistości, w której jeszcze nie do końca potrafię określić swoje miejsce.
Wiem tylko. Przekonanie, jak nigdy, mam silne, że jestem. I wreszcie mi z tym dobrze.
czwartek, 15 września 2011
Ogień
Sny przepowiadające nadchodzące zdarzenia.
Słowa, których nadal nie odnalazłam.
Rozwiązania, jakie nie pojawiły się na horyzoncie.
Głuche Anioły wpatrzone we mnie z wyrazem pustki na twarzy.
Straciłam najlepszych sprzymierzeńców. W Biurze Rzeczy Zaginionych remanent. Kruk daleko lata w przestworzach. Zostałam sama z myślami, emocjami jakich trudno doszukać się w standardowo spędzanym dniu.
Jest jeszcze ona. Jej twarz przed oczami. Zdarzenie, którego nie umiem wykreślić z pamięci. Uczucia, które za silne by chcieć się z nimi identyfikować.
Powtórzę. Powtórzę wszystkie czynności, by nadać czasu sens. By móc uwierzyć, że jest ogień, który to strawi szczędząc mi blizn żalu.
Słowa, których nadal nie odnalazłam.
Rozwiązania, jakie nie pojawiły się na horyzoncie.
Głuche Anioły wpatrzone we mnie z wyrazem pustki na twarzy.
Straciłam najlepszych sprzymierzeńców. W Biurze Rzeczy Zaginionych remanent. Kruk daleko lata w przestworzach. Zostałam sama z myślami, emocjami jakich trudno doszukać się w standardowo spędzanym dniu.
Jest jeszcze ona. Jej twarz przed oczami. Zdarzenie, którego nie umiem wykreślić z pamięci. Uczucia, które za silne by chcieć się z nimi identyfikować.
Powtórzę. Powtórzę wszystkie czynności, by nadać czasu sens. By móc uwierzyć, że jest ogień, który to strawi szczędząc mi blizn żalu.
wtorek, 6 września 2011
Latanie
Czym jeszcze siebie zaskoczę, poza błagalnym tonem jaki kieruję w stronę Aniołów słuchających próśb wypowiadanych ledwo słyszalnym tonem?
Ocieram się o codzienność, w której nie odnajduję dla siebie miejsca. Szukam, a im więcej szukam, tym mniej znajduję, winy doszukując się w sobie.
Niejasność wyborów, brak oczywistości w kierunku zdarzeń. Ryzyko za niebezpieczne, by je podjąć, gdy w głowie nie wszystkie elementy do siebie pasują. Staram się więc za wszelką ceną opóźnić działanie, start, reakcję. Tak jest łatwiej, powtarzam sobie i po raz kolejny układam usta w trudno rozpoznawalny uśmiech.
Delikatnie rysuję linię startu, jakbym miała z niej skorzystać w niezauważalny dla nikogo sposób. Powtarzam błędy powtarzane przez wszystkich. Żaden ze mnie wyjątek. Żaden liczący się szczegół.
Zagryzam usta, by nie rozpłakać się jak dziecko - na środku ulicy, wśród mijających mnie obojętnie przechodniów. W takiej sytuacji sama odwróciłabym od siebie głowę, bo o co można w takiej sytuacji zapytać? Jak, nie kłamiąc, pomóc drugiej osobie, która od szukania wyjścia straciła poczucie rzeczywistości i czasu?
Śniłam, że latam. Znowu. Latanie uratowało mnie przed niebezpieczeństwem. W snach potrafię wszystko, wszystko w nich realne, mam nieprzeliczalną na działania siłę walki o siebie i swoje racje. Nie boję się i nie skomlę o kawałek miejsca na podłodze, kąt do spania, ramię do wypłakania. W nich jestem kimś, na kogo nie stać mnie w rzeczywistości. Pewnie dlatego tak trudno powracać z nich do rzeczywistości wyglądającej inaczej, do rzeczywistości w której rzadko kiedy siebie rozpoznaję. Na własne życzenie?
Ocieram się o codzienność, w której nie odnajduję dla siebie miejsca. Szukam, a im więcej szukam, tym mniej znajduję, winy doszukując się w sobie.
Niejasność wyborów, brak oczywistości w kierunku zdarzeń. Ryzyko za niebezpieczne, by je podjąć, gdy w głowie nie wszystkie elementy do siebie pasują. Staram się więc za wszelką ceną opóźnić działanie, start, reakcję. Tak jest łatwiej, powtarzam sobie i po raz kolejny układam usta w trudno rozpoznawalny uśmiech.
Delikatnie rysuję linię startu, jakbym miała z niej skorzystać w niezauważalny dla nikogo sposób. Powtarzam błędy powtarzane przez wszystkich. Żaden ze mnie wyjątek. Żaden liczący się szczegół.
Zagryzam usta, by nie rozpłakać się jak dziecko - na środku ulicy, wśród mijających mnie obojętnie przechodniów. W takiej sytuacji sama odwróciłabym od siebie głowę, bo o co można w takiej sytuacji zapytać? Jak, nie kłamiąc, pomóc drugiej osobie, która od szukania wyjścia straciła poczucie rzeczywistości i czasu?
Śniłam, że latam. Znowu. Latanie uratowało mnie przed niebezpieczeństwem. W snach potrafię wszystko, wszystko w nich realne, mam nieprzeliczalną na działania siłę walki o siebie i swoje racje. Nie boję się i nie skomlę o kawałek miejsca na podłodze, kąt do spania, ramię do wypłakania. W nich jestem kimś, na kogo nie stać mnie w rzeczywistości. Pewnie dlatego tak trudno powracać z nich do rzeczywistości wyglądającej inaczej, do rzeczywistości w której rzadko kiedy siebie rozpoznaję. Na własne życzenie?
sobota, 27 sierpnia 2011
Oczywistość
Może czasem trzeba.
Może.
Odpuścić.
Nie walczyć.
Nie ma się siły i wystarczającej energii by wywalczyć kogoś. To tylko w filmach jest. W książkach. I wielkiej miłości.
To musi być, by być mogło przecież.
Oczywistość wcale nie pomaga w zrozumieniu.
Może.
Odpuścić.
Nie walczyć.
Nie ma się siły i wystarczającej energii by wywalczyć kogoś. To tylko w filmach jest. W książkach. I wielkiej miłości.
To musi być, by być mogło przecież.
Oczywistość wcale nie pomaga w zrozumieniu.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Na chwilę
Najgorszość mi się włączyła.
I sny ponownie, jakże interesujące w zdradach, pogoniach, próbach dopadnięcia wroga raz na zawsze. Oplucia mu twarzy, wylania gorącej kawy na głowę. Tylko nigdy dobiec do niego nie mogę, znaleźć na czas, choć wiem gdzie jest, choć niemal go dotykam we śnie.
Postradałam wszystkie zmysły. Liczebnie, objętościowo rozrastam się jakbym potrzebowała większego kawałka do nielubienia. Oczyszczanie duszy skończyło się zanieczyszczeniem ciała, które krzyczy błagalnie o powrót.
Powietrze stoi wprost porporcjonalnie do czasu.
Pewnie powinnam założyć buty i wyjść.
Po co się wgapiać w brak odpowiedzi? To zawsze tak samo od środka rozkłada na czynniki pierwsze, których ważność jestem w stanie podważyć w ciągu chwili.
Ta przerwa możliwe, była potrzebna. Choć nie mam w sobie poczucia, że przejrzałam na oczy i ujrzałam rzeczywistość jaką jest, bez tych oszustw wszystkich, których podstawą oczekiwania. Może za krótko to trwało, w końcu ludzie pracują nad sobą latami, nie dniami.
Niecierpliwość mnie od środka rozsadza. Już przecież powinnam wiedzieć, poznać się na tym wszystkim, na nich wszystkich, na nim jednym, tak bym wreszcie była zdolna do poczucia niezależności, o którą tak zabiegam. Ale to nie tak. Nie na życzenie. W kolejce też się tego nie wystoi.
Z nerwów wymyślam możliwe pyszności jakie nabędę, na jakie wydam ponownie pieniądze, których nie mam, których za mało na normalne funkcjonowanie. Ale o tym pomyślę później przecież. Teraz muszę siebie zagłuszyć.
Kończę "Biegnącą z wilkami" tylko po to, by zacząć. Tryb ciągły tu obowiązuje. Niedokonany proces przeczytania.
Teraz patrzę jeszcze niecierpliwie na zakładkę z opcją inbox. Co jest w środku? Jaka wiadomość na mnie czeka? Która z dróg? Liczba oddająca zawartość powinna ulec zmianie. Nie teraz, to za chwilę. W tym czasie powinnam wypić pyszną kawę, pójść obejrzeć wystawę Jenny Holzer i szlajając się po ulicach wymyślać nowe pomysły na siebie samą. Choć pewne już mam, jakże nieśmiałe.
To się ułoży. Samo. Jak zawsze. Dziwne tylko te czekanie na odpowiedź, jakby ktoś wybierał za mnie. Jakby ktoś za mnie miał żyć.
Chwilowo.
I sny ponownie, jakże interesujące w zdradach, pogoniach, próbach dopadnięcia wroga raz na zawsze. Oplucia mu twarzy, wylania gorącej kawy na głowę. Tylko nigdy dobiec do niego nie mogę, znaleźć na czas, choć wiem gdzie jest, choć niemal go dotykam we śnie.
Postradałam wszystkie zmysły. Liczebnie, objętościowo rozrastam się jakbym potrzebowała większego kawałka do nielubienia. Oczyszczanie duszy skończyło się zanieczyszczeniem ciała, które krzyczy błagalnie o powrót.
Powietrze stoi wprost porporcjonalnie do czasu.
Pewnie powinnam założyć buty i wyjść.
Po co się wgapiać w brak odpowiedzi? To zawsze tak samo od środka rozkłada na czynniki pierwsze, których ważność jestem w stanie podważyć w ciągu chwili.
Ta przerwa możliwe, była potrzebna. Choć nie mam w sobie poczucia, że przejrzałam na oczy i ujrzałam rzeczywistość jaką jest, bez tych oszustw wszystkich, których podstawą oczekiwania. Może za krótko to trwało, w końcu ludzie pracują nad sobą latami, nie dniami.
Niecierpliwość mnie od środka rozsadza. Już przecież powinnam wiedzieć, poznać się na tym wszystkim, na nich wszystkich, na nim jednym, tak bym wreszcie była zdolna do poczucia niezależności, o którą tak zabiegam. Ale to nie tak. Nie na życzenie. W kolejce też się tego nie wystoi.
Z nerwów wymyślam możliwe pyszności jakie nabędę, na jakie wydam ponownie pieniądze, których nie mam, których za mało na normalne funkcjonowanie. Ale o tym pomyślę później przecież. Teraz muszę siebie zagłuszyć.
Kończę "Biegnącą z wilkami" tylko po to, by zacząć. Tryb ciągły tu obowiązuje. Niedokonany proces przeczytania.
Teraz patrzę jeszcze niecierpliwie na zakładkę z opcją inbox. Co jest w środku? Jaka wiadomość na mnie czeka? Która z dróg? Liczba oddająca zawartość powinna ulec zmianie. Nie teraz, to za chwilę. W tym czasie powinnam wypić pyszną kawę, pójść obejrzeć wystawę Jenny Holzer i szlajając się po ulicach wymyślać nowe pomysły na siebie samą. Choć pewne już mam, jakże nieśmiałe.
To się ułoży. Samo. Jak zawsze. Dziwne tylko te czekanie na odpowiedź, jakby ktoś wybierał za mnie. Jakby ktoś za mnie miał żyć.
Chwilowo.
środa, 24 sierpnia 2011
Miejsce
I nadszedł czas. Przyszedł spokój, przyszło ukojenie. Radość z dnia, z towarzystwa, z bycia w określonym miejscu. Być może to chwilowe. Być może strach ostrzy sobie tylko pazury, ale jakie może to mieć teraz znaczenie?
Oczekiwanie na wynik przestało spalać mnie w czasie. Co ma być, będzie powtarzam sobie. Z tą pewnością, że bez względu na wszystko, poradzę sobie. A czas nie wrogiem, a sprzymierzeńcem teraz jest.
Są plany, są chęci. Nie teraz? To za chwilę. I tak zrobiłam co mogłam. I wiem, że jakkolwiek się teraz wszystko nie potoczy, odnajdę w tym miejsce dla siebie.
Oczekiwanie na wynik przestało spalać mnie w czasie. Co ma być, będzie powtarzam sobie. Z tą pewnością, że bez względu na wszystko, poradzę sobie. A czas nie wrogiem, a sprzymierzeńcem teraz jest.
Są plany, są chęci. Nie teraz? To za chwilę. I tak zrobiłam co mogłam. I wiem, że jakkolwiek się teraz wszystko nie potoczy, odnajdę w tym miejsce dla siebie.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Grunt
To się tli. Podsycane podmuchem strachu nabiera coraz większych rozmiarów, aż ostatecznie spala wszystko.
To się dopiero zaczyna, a już może się skończyć, czego świadomość pojawiła się dopiero dzisiaj.
Wszystkie te trudy pojawiły się w miejsce możliwości, brak w miejsce szans.
Przyglądam się i dociera do mnie, że mi zależy bardziej. To ja tęsknotę znoszę gorzej, to mnie przepełnia poczucie niespełnienia.
A życie przecież płynie. Mimo tego. I że bez tego jak przyjdzie mi żyć, żyć uczyła się będę musiała od początku.
Nie wiem dlaczego tak jest i skąd we mnie potrzeba dania więcej niż mnie na to stać. Nie powinno tak być - takie jest założenie, logiczny komunikat. Nie potrzebuję do jego podtrzymania żadnych argumentów. A mimo to zamiast skupić się na sobie, bogiem swoim czynię drugą osobę.
Nie czuję gruntu pod stopami. To męczące.
To się dopiero zaczyna, a już może się skończyć, czego świadomość pojawiła się dopiero dzisiaj.
Wszystkie te trudy pojawiły się w miejsce możliwości, brak w miejsce szans.
Przyglądam się i dociera do mnie, że mi zależy bardziej. To ja tęsknotę znoszę gorzej, to mnie przepełnia poczucie niespełnienia.
A życie przecież płynie. Mimo tego. I że bez tego jak przyjdzie mi żyć, żyć uczyła się będę musiała od początku.
Nie wiem dlaczego tak jest i skąd we mnie potrzeba dania więcej niż mnie na to stać. Nie powinno tak być - takie jest założenie, logiczny komunikat. Nie potrzebuję do jego podtrzymania żadnych argumentów. A mimo to zamiast skupić się na sobie, bogiem swoim czynię drugą osobę.
Nie czuję gruntu pod stopami. To męczące.
piątek, 19 sierpnia 2011
Możliwości
To się nie zmienia. Próbuję siebie oszukać, ale strach ma nie tylko wielkie oczy ale i nieograniczone prawo do posiadania mnie w swoich szponach.
Mnie nie ma przecież.
Są tylko te oddane innym myśli, oczekiwania, potrzeby. Z dedykacją, z kartką kolorową jak na urodziny.
Pełna gotowość do służby.
I pamięć, która chce pamiętać, ale tylko selektywnie.
Nie potrzebuję przecież tych obrazów.
To się tęsknotą nazywa? Jednostronnym zaangażowaniem? Niespełnieniem i poczuciem, że coś traci się?
To się panoszy we mnie zabierając wiarę, zabierając chęci.
Tak, wiem. Wyrosnę z tego. Czas pozwala na wiele, jeszcze wiele obiecując w zamian za powierzenie mu swego bycia.
I po co, pytam siebie? No, po co tak czujnie się przyglądasz, odliczasz minuty, kurczowo trzymając się wiary, że to wystarczy, że strata nie pozwoliłaby na dalsze bycie? Sama wyznaczasz sobie granice końców. Tych nieskończonych, które czujesz że nadejdą, których nadejścia pewności nie masz. Myślisz, że kiedyś będziesz miała?
Możliwości same się pojawiają gdy jesteś we właściwym miejscu. Czyż nie?
Mnie nie ma przecież.
Są tylko te oddane innym myśli, oczekiwania, potrzeby. Z dedykacją, z kartką kolorową jak na urodziny.
Pełna gotowość do służby.
I pamięć, która chce pamiętać, ale tylko selektywnie.
Nie potrzebuję przecież tych obrazów.
To się tęsknotą nazywa? Jednostronnym zaangażowaniem? Niespełnieniem i poczuciem, że coś traci się?
To się panoszy we mnie zabierając wiarę, zabierając chęci.
Tak, wiem. Wyrosnę z tego. Czas pozwala na wiele, jeszcze wiele obiecując w zamian za powierzenie mu swego bycia.
I po co, pytam siebie? No, po co tak czujnie się przyglądasz, odliczasz minuty, kurczowo trzymając się wiary, że to wystarczy, że strata nie pozwoliłaby na dalsze bycie? Sama wyznaczasz sobie granice końców. Tych nieskończonych, które czujesz że nadejdą, których nadejścia pewności nie masz. Myślisz, że kiedyś będziesz miała?
Możliwości same się pojawiają gdy jesteś we właściwym miejscu. Czyż nie?
piątek, 5 sierpnia 2011
Chwila
To się zwykle tak kończy, by za chwilę mogło zacząć. Jak zaklęcie, śpiewam frazy mające przywrócić mnie do życia. Jeszcze się narodzę. Tylko strach niech już umrze, odejdzie, niech spali we mnie, co ma do spalenia, by na zgliszczach można było zasiać trawę.
Trzymam się ostatkiem sił pionu logicznego myślenia, który zabrania naleciałości wychowawczo rodzinnych. Widzę je w całej okazałości. Gniazdo, które opuściłam, muszę w sobie przetrawić.
Ze strachem patrzę na zegarek, licząc czas od do. W obawie przed utratą, odejściem, zaciskam dłonie na skrawkach papieru, na którym zapisana znacznie dłuższa historia.
To tylko chwila.
Po niej wszystko będzie już inne.
Trzymam się ostatkiem sił pionu logicznego myślenia, który zabrania naleciałości wychowawczo rodzinnych. Widzę je w całej okazałości. Gniazdo, które opuściłam, muszę w sobie przetrawić.
Ze strachem patrzę na zegarek, licząc czas od do. W obawie przed utratą, odejściem, zaciskam dłonie na skrawkach papieru, na którym zapisana znacznie dłuższa historia.
To tylko chwila.
Po niej wszystko będzie już inne.
środa, 27 lipca 2011
Małe sukcesy
Jeden z tych dni. Kiedy wiem, że wszystko jest jeszcze możliwe, kiedy światło w tunelu razi w oczy, oświetlając porozstawiane na drodze przeszkody, strasząc cienie. Jeden z tych dni, kiedy chcę planować, stawiam jasne cele, widzę drogę ku nim wiodącą.
Uwielbiam je. Są moją nadzieją. Cichym powrotem do normalności. Sukcesem w walce ze sobą.
Uwielbiam je. Są moją nadzieją. Cichym powrotem do normalności. Sukcesem w walce ze sobą.
niedziela, 24 lipca 2011
Spojrzenie
Zgubione godziny. Celowo poszukuję ich w Biurze Rzeczy Zaginionych, myśląc że tam trafiają. Zakładam kapcie i po cichu udaję się tam, wierząc że jeszcze nie wszystko stracone. Że jeszcze będę mogła przeżyć każdy dzień właściwie. Że wiedziała będę co znaczy właściwie, a szans na przeżycie będzie nieskończenie wiele. Tak jakby nie było czasu. Jakbym go nie potrzebowała do bycia, jakby nie wyznaczał kierunku moich działań.
Ten fragment mnie, co nie zdążył umrzeć śmiercią naturalną, krzyczy. Jeszcze trochę, powtarzam sobie. Muszę to sobie powtarzać, by nie oszaleć, by widzieć coś więcej jak pustkę dawnej mnie. Muszę to przejść, jak kolejny poziom wtajemniczenia, w poznaniu tego kim właśnie się staję.
Jeszcze chwytam się skrawków, osób licząc na ich wiedzę, doświadczenie, mądrość. Próbuję na nich oprzeć swoje postrzeganie, chęci, możliwość zrobienia czegoś więcej ponad chcenie. Desperacko poszukuję oczu, w których znajdę odpowiedź na najgłośniej wykrzykiwane w sobie pytanie. Naiwnie wierzę, że znajdę ją w drugiej osobie. Chwilę sobie daję, by przetrzeć zdumione oczy i skierować wzrok na siebie. Przyjrzeć się w lustrze tej, która zaczęła zadawać pytania, na które przestałam znać odpowiedź.
Ten fragment mnie, co nie zdążył umrzeć śmiercią naturalną, krzyczy. Jeszcze trochę, powtarzam sobie. Muszę to sobie powtarzać, by nie oszaleć, by widzieć coś więcej jak pustkę dawnej mnie. Muszę to przejść, jak kolejny poziom wtajemniczenia, w poznaniu tego kim właśnie się staję.
Jeszcze chwytam się skrawków, osób licząc na ich wiedzę, doświadczenie, mądrość. Próbuję na nich oprzeć swoje postrzeganie, chęci, możliwość zrobienia czegoś więcej ponad chcenie. Desperacko poszukuję oczu, w których znajdę odpowiedź na najgłośniej wykrzykiwane w sobie pytanie. Naiwnie wierzę, że znajdę ją w drugiej osobie. Chwilę sobie daję, by przetrzeć zdumione oczy i skierować wzrok na siebie. Przyjrzeć się w lustrze tej, która zaczęła zadawać pytania, na które przestałam znać odpowiedź.
sobota, 23 lipca 2011
Próba pocieszenia
Gonitwa myśli. Złość słów. Brakuje mi tej płynności. Zazdroszczę jej najlepszym. Oszukuję się, że być może to kwestia nauki. Próbuję siebie pocieszyć.
piątek, 22 lipca 2011
Uznanie
To niewłaściwe, pomyślałam. Tak być nie może. Ja taka być nie mogę. Ani chwili dłużej.
Zapiekło mnie w środku. Strach znowu wybałuszył wielkie oczy i zmusił do kajania się. Ile razy jeszcze pomyślę, że jestem niewystarczająca? Ile razy w takim momentach będę pamiętała co zrobić, jak się wyciągnąć z niepotrzebnego o sobie myślenia? To wymaga siły i dyscypliny, a ani jedno ani drugie nie było nigdy moją mocną stroną.
Tak nieśmiało dostrzegam nowe postaci. Bohaterowie codzienności zmieniają się jak w kalejdoskopie, ucząc nowego o sobie, zmuszając do chwili zadumy.
Gdzie i kim jestem dzisiaj? Tu i teraz?
Po chwili gaszę w sobie zapał. Znajduję najłatwiejszą błahostkę na odpowiedź, która wypowiedziana na głos zamienia mnie w sukę.
Ostatnio poszukuję dowodów. Od dawna jakiś śladów, znaków na niebie, dawnych przodków, którzy we śnie objawią mi kolejny krok.
A tu tylko domy stare się śnią, mieszkania nie moje, klatki bez schodów, gówno w wiaderku. Jakbym to miała zinterpretować, to napisałabym do znanego psychoterapeuty podając się za dziennikarkę poczytnego pisma dla kobiet. Później, kradnąc rozpoznanie, zaprezentowałabym jako moje własne. Na tym dzisiaj polega tworzenie. Prawie jak z Polactwem zamiast zakamuflowanej opcji niemieckiej, jest tylko zakamuflowane złodziejstwo. Nikt nie patrzy, nikt nie szuka. Można więc kłamać.
Tylko tak trudno nie myśleć w kategoriach, w jakich od lat człowiek się poruszał. W kategoriach, jakie bazują na uproszczeniu i zaniechaniu.
Ponownie poczułam się dzisiaj głupia. Że tak bezgranicznie głupota mnie wypełnia, tak we mnie ona krzyczy, że mam ją na twarzy wypisaną, że z oczu jak łzy mi spływa.
Nie wiem czy to wynik tego, że ktoś właśnie tak mnie ocenia, dając mi to wyraźnie do zrozumienia, czy tego że sama o sobie w ten sposób myślę, wytykając zagadnienia o jakich nie mam pojęcia.
Przysłuchuję się w ciszy rozmowom. Próbuję je połączyć w całość, nie węszyć w nich spisku. Mnie one bawią. Czasem onieśmielają banalnością.
Więc może banalność jest w cenie. Może właśnie o uznanie jej obecności w życiu najczęściej chodzi?
Zapiekło mnie w środku. Strach znowu wybałuszył wielkie oczy i zmusił do kajania się. Ile razy jeszcze pomyślę, że jestem niewystarczająca? Ile razy w takim momentach będę pamiętała co zrobić, jak się wyciągnąć z niepotrzebnego o sobie myślenia? To wymaga siły i dyscypliny, a ani jedno ani drugie nie było nigdy moją mocną stroną.
Tak nieśmiało dostrzegam nowe postaci. Bohaterowie codzienności zmieniają się jak w kalejdoskopie, ucząc nowego o sobie, zmuszając do chwili zadumy.
Gdzie i kim jestem dzisiaj? Tu i teraz?
Po chwili gaszę w sobie zapał. Znajduję najłatwiejszą błahostkę na odpowiedź, która wypowiedziana na głos zamienia mnie w sukę.
Ostatnio poszukuję dowodów. Od dawna jakiś śladów, znaków na niebie, dawnych przodków, którzy we śnie objawią mi kolejny krok.
A tu tylko domy stare się śnią, mieszkania nie moje, klatki bez schodów, gówno w wiaderku. Jakbym to miała zinterpretować, to napisałabym do znanego psychoterapeuty podając się za dziennikarkę poczytnego pisma dla kobiet. Później, kradnąc rozpoznanie, zaprezentowałabym jako moje własne. Na tym dzisiaj polega tworzenie. Prawie jak z Polactwem zamiast zakamuflowanej opcji niemieckiej, jest tylko zakamuflowane złodziejstwo. Nikt nie patrzy, nikt nie szuka. Można więc kłamać.
Tylko tak trudno nie myśleć w kategoriach, w jakich od lat człowiek się poruszał. W kategoriach, jakie bazują na uproszczeniu i zaniechaniu.
Ponownie poczułam się dzisiaj głupia. Że tak bezgranicznie głupota mnie wypełnia, tak we mnie ona krzyczy, że mam ją na twarzy wypisaną, że z oczu jak łzy mi spływa.
Nie wiem czy to wynik tego, że ktoś właśnie tak mnie ocenia, dając mi to wyraźnie do zrozumienia, czy tego że sama o sobie w ten sposób myślę, wytykając zagadnienia o jakich nie mam pojęcia.
Przysłuchuję się w ciszy rozmowom. Próbuję je połączyć w całość, nie węszyć w nich spisku. Mnie one bawią. Czasem onieśmielają banalnością.
Więc może banalność jest w cenie. Może właśnie o uznanie jej obecności w życiu najczęściej chodzi?
czwartek, 21 lipca 2011
Plan
Oczywistości stukające w mojej głowie o szyby okien pozamykanych wydają z siebie dźwięk tak głośny, że wreszcie nie mogę spać. Wreszcie, po raz pierwszy od długiego czasu nie zgubiłam dzisiaj godziny, zaczęłam marzyć, poczułam możliwości poza chęciami. Coś, gdzieś, jakoś. Nowe słowa, wyszukiwane z przymusu mobilizują najbardziej. Powinny codziennie. Taki jest plan.
środa, 20 lipca 2011
Godziny
Gubię celowo godziny. Skracam dni. Nadganiam w snach.
Poza tym, że one coraz trudniejsze do zniesienia, sklasyfikowania momentami przeżycia. Upraszczam codzienność, rezygnując z czynności jakie wymagałby ode mnie nakładu siły, konieczności poświęcenia czasu, zebrania się. Się w sobie zebrać nie mogę i to nie od dzisiaj.
Oszukuję innych, oszukując siebie najbardziej. Że to tak ma być, tak być musi, taka konieczność podyktowana warunkami rynkowymi. Nie wiem czy inaczej już potrafiłabym. Czekam tak długo na zmiany, że stan oczekiwania stał się punktem wyjścia dla codzienności. Tylko ten marazm mnie coraz mocniej trzyma. Jego mocno zaciśnięte na mym gardle szpony, każą weryfikować czynności, ograniczać chęci i eliminować zdarzenia. Czasem myślę, że tak jest wszystkim na rękę. Czasem myślę, że ci wszyscy to ja i moje cienie silnie wpatrujące się w moją osobę. Krzyczące na mnie w snach, by coś z tym zrobić, bo czas jest, ale ile go jeszcze trzeba będzie oddać, by poczuć w sobie na nowo zachłanność?
I najprostsze czynności zdają się być najtrudniejszymi. Chęci, choć dokładnie nazwane, zaplanowane z precyzją, nie mają siły przebicia by stać się zmaterializowanymi projektami. Pytanie - ale po co i komu? - weryfikuje najskuteczniej próbę odzyskania siebie.
Bo jeszcze próbuję. Choć tylko sporadycznie.
Poza tym, że one coraz trudniejsze do zniesienia, sklasyfikowania momentami przeżycia. Upraszczam codzienność, rezygnując z czynności jakie wymagałby ode mnie nakładu siły, konieczności poświęcenia czasu, zebrania się. Się w sobie zebrać nie mogę i to nie od dzisiaj.
Oszukuję innych, oszukując siebie najbardziej. Że to tak ma być, tak być musi, taka konieczność podyktowana warunkami rynkowymi. Nie wiem czy inaczej już potrafiłabym. Czekam tak długo na zmiany, że stan oczekiwania stał się punktem wyjścia dla codzienności. Tylko ten marazm mnie coraz mocniej trzyma. Jego mocno zaciśnięte na mym gardle szpony, każą weryfikować czynności, ograniczać chęci i eliminować zdarzenia. Czasem myślę, że tak jest wszystkim na rękę. Czasem myślę, że ci wszyscy to ja i moje cienie silnie wpatrujące się w moją osobę. Krzyczące na mnie w snach, by coś z tym zrobić, bo czas jest, ale ile go jeszcze trzeba będzie oddać, by poczuć w sobie na nowo zachłanność?
I najprostsze czynności zdają się być najtrudniejszymi. Chęci, choć dokładnie nazwane, zaplanowane z precyzją, nie mają siły przebicia by stać się zmaterializowanymi projektami. Pytanie - ale po co i komu? - weryfikuje najskuteczniej próbę odzyskania siebie.
Bo jeszcze próbuję. Choć tylko sporadycznie.
Wycofanie
Proszenie o pieniądze jest tak uwłaczające jak proszenie o zaspokojenie seksualnych potrzeb. A spełnienie wynikające z zaspokojenia, w obu przypadkach, napawa mnie takim samym obrzydzeniem do siebie samej. Że mnie nie stać. Na samowystarczalność. Że wypada mi prosić, czego nienawidzę czynić twarzą w twarz, co staram się za każdym razem sprowadzić do formy komunikatu pisanego, wiadomości wysłanej, na której odpowiedź czeka się z zażenowaniem.
Poranek pełen przygód. Dodatnich i ujemnych temperatur uczuć dotyczącej mnie samej. Kiedy zadziała? Kiedy będzie równomiernie? Bez tych amplitud emocji od nienawiści po akceptację, tego kim jestem i że tym tylko.
Może jeszcze nie naprosiłam się wystarczająco dużo. Może za krótko popełniałam ten sam błąd, nazwany przy porannej kawie tak precyzyjnie, że postanowiłam się tylko wycofać. Stchórzyć. Może jeszcze nie czas. Na zmiany.
Poranek pełen przygód. Dodatnich i ujemnych temperatur uczuć dotyczącej mnie samej. Kiedy zadziała? Kiedy będzie równomiernie? Bez tych amplitud emocji od nienawiści po akceptację, tego kim jestem i że tym tylko.
Może jeszcze nie naprosiłam się wystarczająco dużo. Może za krótko popełniałam ten sam błąd, nazwany przy porannej kawie tak precyzyjnie, że postanowiłam się tylko wycofać. Stchórzyć. Może jeszcze nie czas. Na zmiany.
poniedziałek, 18 lipca 2011
MyTyJa
Najtrudniej dba się o siebie. Dlaczego?
W świecie egoistów nadal najważniejszy wydaje się drugi człowiek - co pomyśli, co powie, jak oceni. Nadal ważniejsze jest przyglądanie się relacji z drugą osobą, niż relacji z sobą samą. Łatwiej mówić o tym co nie gra w układzie, w którym jest druga osoba niż ja.
Te pomieszanie liczb pojedynczych i mnogich burzy moją percepcję. Nie na początku jestem. Jako człowiek czy nawet jako kobieta, nie mówiąc o przyjaciółce, kochance, współpracowniczce. Nie. To są jakieś ostatki. To są jakieś namiastki układów, rzeczywistości, do których jestem doczepiona jak kwiatek do kożucha, w których nie czuję siebie.
Bo najtrudniej siebie poczuć. Dopuścić do głosu. Tę kobietę, człowieka, kochankę. Najtrudniej wejść z nimi w dialog pytając o ich oczekiwania, marzenia, plany. Nie zarzucać oczekiwaniami innych, ich opiniami, często krzywdzącym zdaniem. Nie wyznaczać im celów zgodnych z wizją innych. To takie trudne.
Zapominam o sobie. Idąc na łatwiznę mieszam osoby i liczby wierząc, że ich kolejność przyniesie odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zdołałam sobie otwarcie postawić. Bywam kimś, kogo nie rozumiem. Jestem tylko tchórzem.
W świecie egoistów nadal najważniejszy wydaje się drugi człowiek - co pomyśli, co powie, jak oceni. Nadal ważniejsze jest przyglądanie się relacji z drugą osobą, niż relacji z sobą samą. Łatwiej mówić o tym co nie gra w układzie, w którym jest druga osoba niż ja.
Te pomieszanie liczb pojedynczych i mnogich burzy moją percepcję. Nie na początku jestem. Jako człowiek czy nawet jako kobieta, nie mówiąc o przyjaciółce, kochance, współpracowniczce. Nie. To są jakieś ostatki. To są jakieś namiastki układów, rzeczywistości, do których jestem doczepiona jak kwiatek do kożucha, w których nie czuję siebie.
Bo najtrudniej siebie poczuć. Dopuścić do głosu. Tę kobietę, człowieka, kochankę. Najtrudniej wejść z nimi w dialog pytając o ich oczekiwania, marzenia, plany. Nie zarzucać oczekiwaniami innych, ich opiniami, często krzywdzącym zdaniem. Nie wyznaczać im celów zgodnych z wizją innych. To takie trudne.
Zapominam o sobie. Idąc na łatwiznę mieszam osoby i liczby wierząc, że ich kolejność przyniesie odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zdołałam sobie otwarcie postawić. Bywam kimś, kogo nie rozumiem. Jestem tylko tchórzem.
sobota, 16 lipca 2011
Cisza
Mogłabym skłamać. Powiedzieć - nie spodziewałam się tego. Przełknąć cicho ślinę. Na ułamek sekundy zamknąć powieki, by otworzyć je i patrzeć na zupełnie nowy świat. Tylko wtedy skłamałabym. Przed sobą. Sobie.
Na chwilę milknę. Przyglądam się konturom, myśląc że tylko rzeczy mogą być zupełnie szczęśliwe - ich granice są jasno określone, nie ma się już nad czym zastanawiać. Brakuje mi tego. Granic, w ramach których mogę coś odkrywać, czegoś się uczyć, czegoś uchwycić. Przyglądam się sobie uważnie i nie rozpoznaję siebie zupełnie. Przecież to miało działać, jeszcze tydzień temu wszystko działało, byłam w stanie wstać, ubrać się, wyjść do pracy, do ludzi. Dzisiaj w ciszy patrzę w okno, na świat, który gdzieś się przesuwa, dokądś jakby zmierza. tylko, że beze mnie.
Te naznaczone porażką próby mobilizacji. Szukania słów, normalnego wyrazu twarzy, który nie zdradzałby, że przed chwilą wszystko się rozsypało, potłukło. W każdym fragmencie widzę własne odbicie, którego nadal nie jestem w stanie przyporządkować do imienia, nadać mu nazwy, wypełnić sensem. Mam tylko nie wzbudzać zewnętrznych podejrzeń. Doprowadzić do stanu groteskowo zadanego pytania - co się dzieje, przecież widzę, że coś nie tak. Na tak postawione pytanie, które zdaje się być stwierdzeniem, nie staram się nawet szukać słów. W moim wnętrzu wykrzywia się tylko wszystko jak w pokoju luster i każdą jedną emocję widzę w innym stanie deformacji. Niebezpieczne jest uchwycenie się któregoś z obrazów - szkoda, by rzeczywistość pomyliła się z odczuciem. Tak zakłamanym.
Jakiś fragment mnie tylko prosi o pamięć. O to, by w tym wszystkim pamiętać, mieć zakodowane, że to są chwile, że za moment będzie inaczej, że to wszystko już zaraz się zmieni. Coś we mnie krzyczy, by nie trzymać się tak kurczowo czasu, bo go nie ma przecież, on nie istnieje, teraz jest zaraz, a jutro już dziś.
Z trudem pokonuję odległości. Z oporem wyznaczam konieczne do załatwienia sprawy. Próbuję wpisać w codzienność nowy zakres obowiązków, by przynajmniej on mógł być stały, jak totem dając poczucie pewności poruszania w określonym świecie. Wszystko jest tak trudne. Potrafię tylko jeść, nie czując w sobie granicy, końca. To ma mi pomóc czuć, to ma mi dać jakieś poczucie bycia.
A tak bardzo chciałabym zniknąć.
Na chwilę milknę. Przyglądam się konturom, myśląc że tylko rzeczy mogą być zupełnie szczęśliwe - ich granice są jasno określone, nie ma się już nad czym zastanawiać. Brakuje mi tego. Granic, w ramach których mogę coś odkrywać, czegoś się uczyć, czegoś uchwycić. Przyglądam się sobie uważnie i nie rozpoznaję siebie zupełnie. Przecież to miało działać, jeszcze tydzień temu wszystko działało, byłam w stanie wstać, ubrać się, wyjść do pracy, do ludzi. Dzisiaj w ciszy patrzę w okno, na świat, który gdzieś się przesuwa, dokądś jakby zmierza. tylko, że beze mnie.
Te naznaczone porażką próby mobilizacji. Szukania słów, normalnego wyrazu twarzy, który nie zdradzałby, że przed chwilą wszystko się rozsypało, potłukło. W każdym fragmencie widzę własne odbicie, którego nadal nie jestem w stanie przyporządkować do imienia, nadać mu nazwy, wypełnić sensem. Mam tylko nie wzbudzać zewnętrznych podejrzeń. Doprowadzić do stanu groteskowo zadanego pytania - co się dzieje, przecież widzę, że coś nie tak. Na tak postawione pytanie, które zdaje się być stwierdzeniem, nie staram się nawet szukać słów. W moim wnętrzu wykrzywia się tylko wszystko jak w pokoju luster i każdą jedną emocję widzę w innym stanie deformacji. Niebezpieczne jest uchwycenie się któregoś z obrazów - szkoda, by rzeczywistość pomyliła się z odczuciem. Tak zakłamanym.
Jakiś fragment mnie tylko prosi o pamięć. O to, by w tym wszystkim pamiętać, mieć zakodowane, że to są chwile, że za moment będzie inaczej, że to wszystko już zaraz się zmieni. Coś we mnie krzyczy, by nie trzymać się tak kurczowo czasu, bo go nie ma przecież, on nie istnieje, teraz jest zaraz, a jutro już dziś.
Z trudem pokonuję odległości. Z oporem wyznaczam konieczne do załatwienia sprawy. Próbuję wpisać w codzienność nowy zakres obowiązków, by przynajmniej on mógł być stały, jak totem dając poczucie pewności poruszania w określonym świecie. Wszystko jest tak trudne. Potrafię tylko jeść, nie czując w sobie granicy, końca. To ma mi pomóc czuć, to ma mi dać jakieś poczucie bycia.
A tak bardzo chciałabym zniknąć.
wtorek, 5 lipca 2011
Oczekiwanie
Przywołuję siebie do porządku. Jakbym musiała.
Przecież to wszystko i tak jest kłamstwem. Podchodzę do Ciebie bliżej, by tylko sprawdzić czy żyjesz, czy pod tą powłoką kryją się jeszcze jakieś emocje, czy już tylko rezygnacja wypisana na twarzy. Tak bardzo chciałabym walczyć. Jeszcze bardziej wygrywać. A sił nie starcza na podniesienie broni i odnalezienie celu.
Mam powtarzać treści, którym nie ufam, jakby słowa mogły nieść ukojenie. Dawały odpowiedź, od dawna poszukiwaną. Składam się z liter, które nie tworzą całości.
Rezygnuję z możliwości, by nie poczuć konieczności. Poczekam jeszcze. Postaram się patrzeć inaczej, by inaczej zobaczyć nieograniczoną niczym całość.
Nie będę czuła lęku. Nie będę się siebie wstydziła. Pozwolę sobie na więcej, by za chwilę móc przesunąć granicę. Zatańczyć najszybszy z tańców.
W nocy stanę przy oknie. Będę wystukiwała rytm. Przywołam Anioła. Przypomnę sobie nasz język. Dotknę fragmentu życia.
Przecież to wszystko i tak jest kłamstwem. Podchodzę do Ciebie bliżej, by tylko sprawdzić czy żyjesz, czy pod tą powłoką kryją się jeszcze jakieś emocje, czy już tylko rezygnacja wypisana na twarzy. Tak bardzo chciałabym walczyć. Jeszcze bardziej wygrywać. A sił nie starcza na podniesienie broni i odnalezienie celu.
Mam powtarzać treści, którym nie ufam, jakby słowa mogły nieść ukojenie. Dawały odpowiedź, od dawna poszukiwaną. Składam się z liter, które nie tworzą całości.
Rezygnuję z możliwości, by nie poczuć konieczności. Poczekam jeszcze. Postaram się patrzeć inaczej, by inaczej zobaczyć nieograniczoną niczym całość.
Nie będę czuła lęku. Nie będę się siebie wstydziła. Pozwolę sobie na więcej, by za chwilę móc przesunąć granicę. Zatańczyć najszybszy z tańców.
W nocy stanę przy oknie. Będę wystukiwała rytm. Przywołam Anioła. Przypomnę sobie nasz język. Dotknę fragmentu życia.
środa, 29 czerwca 2011
Zaproszenie
Kiedy to się wydarzyło? Próbuję to jakoś określić, doszukując w tym logiki. Ostatecznie karmię się sensem, nie abstrakcją. Może właśnie dlatego jestem tak przeciętna.
Żyję, powołana do życia przez kolejnych stwórców. Jeden mówi co robić, drugi co myśleć, trzeci na ile mnie nie stać w staniu w ogóle, nie tylko na nogach, bo te zawsze zgrabniejsze znaleźć może.
Poruszam się bezpiecznie w granicach wyznaczonych przez nich. Tych jasno określonych namiastkach świata, do którego nie mam dostępu i nigdy mieć nie będę. Mogę jedynie patrzeć, byle nie za długo, bo czasu szkoda, a zrozumienie przecież i tak nie nadejdzie.
Nie znam się bowiem na niczym. Nicością jestem. Dzbanem, gotowym do wypełnienia poczuciem mniejszości, nieudacznictwa i kobiecości ułomnej. Obowiązków czekających na wypełnienie i czynności, jakie nie przystają mężczyźnie. Później mam tylko wysłuchać hymnu na jego cześć. Intonować go, a następnie nadstawić drugi policzek, by mieć powód do dumy.
To niby XXI wiek. To niby czas postępu i równości. I kobiety to krzyczą i mężczyźni. Obie płcie z różnych powodów. Obie równie krzykiem zdezorientowane.
Najłatwiej wysnuć opinię na podstawie skrawka. Mnóstwo wokół piętrzy się tych specjalistów w dziedzinach życia, o których nie mają pojęcia, a co dopiero wiedzy podstawowej.
Ale pokornie pochylę głowę. Będę patrzyła z podziwem, będę wykonywała polecenia i dostosowywała propozycje do wybierającego. Z naznaczeniem przez niego. Że kobieta, jako gatunek niższy w zasadzie głupotą zajmować się powinna. Już nawet nie może, powinna. W tym jednym się nie pogubi. W tym jednym odnajdzie dla siebie miejsce.
I nie pamiętam dnia,w którym w to uwierzyłam. W którym jak cielę pokorne dałam sobie wyznaczyć granice, których z racji płci, nie mogę przekroczyć. Jako kobieta nawet jakbym wiedziała dwa razy więcej, nie będzie to dla mężczyzny wystarczającym, by postawić na równi. Zawsze, jak ta biblijna uciemiężona postać włosami swymi mam myć stopy stwórcy mego, bo on jeden może wyznaczyć mi drogę, której zwieńczeniem zbawienie.
Kradnę jego sny, by móc śnić je następnej nocy. Pławić się uczuciami, których nie dane mi było odczuć, w efekcie zagłuszenia brakiem wiary, poczuciem niższości. Wsłuchuję się w każde słowo, rozumiejąc namiastkę, całość mając tłumaczoną powoli, bez poczucia wyższości. Ktoś cicho uchyla mi drzwi i w ciszy zaprasza do swojego świata. Dawno nie widzianych krain przepełnionych barwami o jakich kiedyś musiałam śnić, albo o których szeptały mi Anioły do snu, bo widok ich po raz pierwszy, od bardzo długiego czasu, dał poczucie odnalezionego, po latach tułaczki, domu.
Żyję, powołana do życia przez kolejnych stwórców. Jeden mówi co robić, drugi co myśleć, trzeci na ile mnie nie stać w staniu w ogóle, nie tylko na nogach, bo te zawsze zgrabniejsze znaleźć może.
Poruszam się bezpiecznie w granicach wyznaczonych przez nich. Tych jasno określonych namiastkach świata, do którego nie mam dostępu i nigdy mieć nie będę. Mogę jedynie patrzeć, byle nie za długo, bo czasu szkoda, a zrozumienie przecież i tak nie nadejdzie.
Nie znam się bowiem na niczym. Nicością jestem. Dzbanem, gotowym do wypełnienia poczuciem mniejszości, nieudacznictwa i kobiecości ułomnej. Obowiązków czekających na wypełnienie i czynności, jakie nie przystają mężczyźnie. Później mam tylko wysłuchać hymnu na jego cześć. Intonować go, a następnie nadstawić drugi policzek, by mieć powód do dumy.
To niby XXI wiek. To niby czas postępu i równości. I kobiety to krzyczą i mężczyźni. Obie płcie z różnych powodów. Obie równie krzykiem zdezorientowane.
Najłatwiej wysnuć opinię na podstawie skrawka. Mnóstwo wokół piętrzy się tych specjalistów w dziedzinach życia, o których nie mają pojęcia, a co dopiero wiedzy podstawowej.
Ale pokornie pochylę głowę. Będę patrzyła z podziwem, będę wykonywała polecenia i dostosowywała propozycje do wybierającego. Z naznaczeniem przez niego. Że kobieta, jako gatunek niższy w zasadzie głupotą zajmować się powinna. Już nawet nie może, powinna. W tym jednym się nie pogubi. W tym jednym odnajdzie dla siebie miejsce.
I nie pamiętam dnia,w którym w to uwierzyłam. W którym jak cielę pokorne dałam sobie wyznaczyć granice, których z racji płci, nie mogę przekroczyć. Jako kobieta nawet jakbym wiedziała dwa razy więcej, nie będzie to dla mężczyzny wystarczającym, by postawić na równi. Zawsze, jak ta biblijna uciemiężona postać włosami swymi mam myć stopy stwórcy mego, bo on jeden może wyznaczyć mi drogę, której zwieńczeniem zbawienie.
Kradnę jego sny, by móc śnić je następnej nocy. Pławić się uczuciami, których nie dane mi było odczuć, w efekcie zagłuszenia brakiem wiary, poczuciem niższości. Wsłuchuję się w każde słowo, rozumiejąc namiastkę, całość mając tłumaczoną powoli, bez poczucia wyższości. Ktoś cicho uchyla mi drzwi i w ciszy zaprasza do swojego świata. Dawno nie widzianych krain przepełnionych barwami o jakich kiedyś musiałam śnić, albo o których szeptały mi Anioły do snu, bo widok ich po raz pierwszy, od bardzo długiego czasu, dał poczucie odnalezionego, po latach tułaczki, domu.
wtorek, 28 czerwca 2011
Liczby
Statystyki nie kłamią, pomyślałam. Liczby w ogóle nie kłamią. Szczególnie te na koncie, bo te na wadze, co się wyświetlają już mogą, te o wiele częściej, o wiele bardziej.
I tak często ostatnio słyszę, że tej liczby mi ubyło, że zaczynam odnosić wrażenie, że ma to jakiś sens, że jest w tym jakiś cel nadrzędny, którego nie miałam, nawet mieć nie mogłam, w poczuciu rezygnacji, nasączonym jak gąbka.
I to jak z brakiem używek - każdy się dziwi. I pyta, że jak to, że czemu, że przecież tylko jednego, małego drinka, wódeczkę, lolka. I zdziwieniem swym mnie raczy, wdrukowanym obrazem mnie, sprzed czasu pewnego, jakąś kalką, jakbym zawsze taka sama była, niezmienna. Więc mam opowiedzieć jak to się stało, oswoić wszystkich z nową mną, tą inną, która ma dwa rozmiary mniejszy tyłek. Mam się wytłumaczyć z tego jak to zrobiłam, dlaczego nie mówiłam nikomu, a kobietom w szczególności, że ja na diecie jestem. I że szybko, natychmiast o tej diecie mam opowiedzieć, bo to takie szczególne wydarzenie w moim życiu i jak się w z tym czuję?
Nie czuję się z tym w ogóle. Przyszło, pójdzie. Naturalna kolej rzeczy wyświechtana do granic życiowego sukcesu przez czasopisma dla kobiet. Jeszcze tylko muszę być trendy i mieć niezbędne tego lata buty w kolorze nude.
Tak, uległam. Zachowałam się jak skończona pinda nabywając parę, której nigdzie nie założę, do seksu może.
I mam wrażenie, że ulec muszę tym tłumaczeniom, że jaka to ja jestem chudsza i że to się nie mieści w ich głowach. Tak jakbym chudła dla nich, jakby moim wyznacznikiem byli.
Zabawne, że nikt nie zapytał o rzecz zdawałoby się najważniejszą - zdrowie. Każdy myśli, że to mój sukces, że to mogę wpisać śmiało do CV w kategorii doświadczenie, że to nawet o mojej wytrwałości może świadczyć. Dużo bardziej niż setki podań wysłanych w odpowiedzi na oferty pracy. Powinnam się tym szczycić jak te wszystkie pseudo gwiazdki, które świecą głupotą jak lampa w nocy, byle tylko o nich mówiono. Bo jak mówią to są pieniądze. Się klika, się żyje.
Ten chaos jest dokoła. Ten chaos jest we mnie. Dużo większy. W określonym miejscu na ziemi jestem, w określonej czasoprzestrzeni.
Od dawna nie miałam tak silnego poczucia nadchodzących zmian. Od dawna z tym poczuciem nie było mi tak komfortowo. Moja ciekawość tylko zmusza mnie do przyspieszenia, do dotarcia do nich zanim się wydarzą, tak by przewidzieć je w sobie, niwelując upadek.
A w nocy odwiedzę biuro rzeczy zaginionych. Po omacku dotknę każdej z nich i po cichu zacznę opowiadać ich historię. Tak, by mogły się wydarzyć.
I tak często ostatnio słyszę, że tej liczby mi ubyło, że zaczynam odnosić wrażenie, że ma to jakiś sens, że jest w tym jakiś cel nadrzędny, którego nie miałam, nawet mieć nie mogłam, w poczuciu rezygnacji, nasączonym jak gąbka.
I to jak z brakiem używek - każdy się dziwi. I pyta, że jak to, że czemu, że przecież tylko jednego, małego drinka, wódeczkę, lolka. I zdziwieniem swym mnie raczy, wdrukowanym obrazem mnie, sprzed czasu pewnego, jakąś kalką, jakbym zawsze taka sama była, niezmienna. Więc mam opowiedzieć jak to się stało, oswoić wszystkich z nową mną, tą inną, która ma dwa rozmiary mniejszy tyłek. Mam się wytłumaczyć z tego jak to zrobiłam, dlaczego nie mówiłam nikomu, a kobietom w szczególności, że ja na diecie jestem. I że szybko, natychmiast o tej diecie mam opowiedzieć, bo to takie szczególne wydarzenie w moim życiu i jak się w z tym czuję?
Nie czuję się z tym w ogóle. Przyszło, pójdzie. Naturalna kolej rzeczy wyświechtana do granic życiowego sukcesu przez czasopisma dla kobiet. Jeszcze tylko muszę być trendy i mieć niezbędne tego lata buty w kolorze nude.
Tak, uległam. Zachowałam się jak skończona pinda nabywając parę, której nigdzie nie założę, do seksu może.
I mam wrażenie, że ulec muszę tym tłumaczeniom, że jaka to ja jestem chudsza i że to się nie mieści w ich głowach. Tak jakbym chudła dla nich, jakby moim wyznacznikiem byli.
Zabawne, że nikt nie zapytał o rzecz zdawałoby się najważniejszą - zdrowie. Każdy myśli, że to mój sukces, że to mogę wpisać śmiało do CV w kategorii doświadczenie, że to nawet o mojej wytrwałości może świadczyć. Dużo bardziej niż setki podań wysłanych w odpowiedzi na oferty pracy. Powinnam się tym szczycić jak te wszystkie pseudo gwiazdki, które świecą głupotą jak lampa w nocy, byle tylko o nich mówiono. Bo jak mówią to są pieniądze. Się klika, się żyje.
Ten chaos jest dokoła. Ten chaos jest we mnie. Dużo większy. W określonym miejscu na ziemi jestem, w określonej czasoprzestrzeni.
Od dawna nie miałam tak silnego poczucia nadchodzących zmian. Od dawna z tym poczuciem nie było mi tak komfortowo. Moja ciekawość tylko zmusza mnie do przyspieszenia, do dotarcia do nich zanim się wydarzą, tak by przewidzieć je w sobie, niwelując upadek.
A w nocy odwiedzę biuro rzeczy zaginionych. Po omacku dotknę każdej z nich i po cichu zacznę opowiadać ich historię. Tak, by mogły się wydarzyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)