Trudno określić czy to wynik ludzi, z jakimi ostatnio przebywam, nowej dziedziny jaka mnie zainteresowała, czy zmian zachodzących we mnie samej (które górnolotnie mogłabym nazwać dojrzewaniem), ale z człowieka gardzącego planem, stałam się człowiekiem usilnie tego planu potrzebującym.
I po raz pierwszy nie jest mi z tym źle. Może rzeczywiście zmieniamy skórę co 7 lat? Choć śmiałam się zawsze z tych, co mieli wytyczone od a do z działania, powoli dojrzewam w sobie, by pewne plany czynić. Nie bać się czasu, wyzwań, nowych celów. Stawiać je, odnajdywać w sobie i realizować. Krok po kroku. Tak, by patrząc za siebie (jeśli w ogóle przydarzy mi się coś takiego) móc stwierdzić, że wykorzystałam i czas i możliwości. Bez lęku. Bes strachu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz