środa, 29 czerwca 2011

Zaproszenie

Kiedy to się wydarzyło? Próbuję to jakoś określić, doszukując w tym logiki. Ostatecznie karmię się sensem, nie abstrakcją. Może właśnie dlatego jestem tak przeciętna.
Żyję, powołana do życia przez kolejnych stwórców. Jeden mówi co robić, drugi co myśleć, trzeci na ile mnie nie stać w staniu w ogóle, nie tylko na nogach, bo te zawsze zgrabniejsze znaleźć może.
Poruszam się bezpiecznie w granicach wyznaczonych przez nich. Tych jasno określonych namiastkach świata, do którego nie mam dostępu i nigdy mieć nie będę. Mogę jedynie patrzeć, byle nie za długo, bo czasu szkoda, a zrozumienie przecież i tak nie nadejdzie.
Nie znam się bowiem na niczym. Nicością jestem. Dzbanem, gotowym do wypełnienia poczuciem mniejszości, nieudacznictwa i kobiecości ułomnej. Obowiązków czekających na wypełnienie i czynności, jakie nie przystają mężczyźnie. Później mam tylko wysłuchać hymnu na jego cześć. Intonować go, a następnie nadstawić drugi policzek, by mieć powód do dumy.
To niby XXI wiek. To niby czas postępu i równości. I kobiety to krzyczą i mężczyźni. Obie płcie z różnych powodów. Obie równie krzykiem zdezorientowane.
Najłatwiej wysnuć opinię na podstawie skrawka. Mnóstwo wokół piętrzy się tych specjalistów w dziedzinach życia, o których nie mają pojęcia, a co dopiero wiedzy podstawowej.
Ale pokornie pochylę głowę. Będę patrzyła z podziwem, będę wykonywała polecenia i dostosowywała propozycje do wybierającego. Z naznaczeniem przez niego. Że kobieta, jako gatunek niższy w zasadzie głupotą zajmować się powinna. Już nawet nie może, powinna. W tym jednym się nie pogubi. W tym jednym odnajdzie dla siebie miejsce.
I nie pamiętam dnia,w którym w to uwierzyłam. W którym jak cielę pokorne dałam sobie wyznaczyć granice, których z racji płci, nie mogę przekroczyć. Jako kobieta nawet jakbym wiedziała dwa razy więcej, nie będzie to dla mężczyzny wystarczającym, by postawić na równi. Zawsze, jak ta biblijna uciemiężona postać włosami swymi mam myć stopy stwórcy mego, bo on jeden może wyznaczyć mi drogę, której zwieńczeniem zbawienie.

Kradnę jego sny, by móc śnić je następnej nocy. Pławić się uczuciami, których nie dane mi było odczuć, w efekcie zagłuszenia brakiem wiary, poczuciem niższości. Wsłuchuję się w każde słowo, rozumiejąc namiastkę, całość mając tłumaczoną powoli, bez poczucia wyższości. Ktoś cicho uchyla mi drzwi i w ciszy zaprasza do swojego świata. Dawno nie widzianych krain przepełnionych barwami o jakich kiedyś musiałam śnić, albo o których szeptały mi Anioły do snu, bo widok ich po raz pierwszy, od bardzo długiego czasu, dał poczucie odnalezionego, po latach tułaczki, domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz