Proszenie o pieniądze jest tak uwłaczające jak proszenie o zaspokojenie seksualnych potrzeb. A spełnienie wynikające z zaspokojenia, w obu przypadkach, napawa mnie takim samym obrzydzeniem do siebie samej. Że mnie nie stać. Na samowystarczalność. Że wypada mi prosić, czego nienawidzę czynić twarzą w twarz, co staram się za każdym razem sprowadzić do formy komunikatu pisanego, wiadomości wysłanej, na której odpowiedź czeka się z zażenowaniem.
Poranek pełen przygód. Dodatnich i ujemnych temperatur uczuć dotyczącej mnie samej. Kiedy zadziała? Kiedy będzie równomiernie? Bez tych amplitud emocji od nienawiści po akceptację, tego kim jestem i że tym tylko.
Może jeszcze nie naprosiłam się wystarczająco dużo. Może za krótko popełniałam ten sam błąd, nazwany przy porannej kawie tak precyzyjnie, że postanowiłam się tylko wycofać. Stchórzyć. Może jeszcze nie czas. Na zmiany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz